TEMPERATURA: 22°C
POGODA: świeci słońce
Noc to była śmieszna... wietrząc pokój nie domknąłem okna, i tak poszliśmy spać. W nocy wybudził mnie dźwięk syren. Byłem pewny że okna są nieszczelne, a tu się okazało że to moja wina.
Ponieważ hotel był w cenie super promocyjnej to nie mieliśmy śniadania. A że Monika z rana nie je śniadania, to ja zjadłem to co mi zostało z kolacji i podróży. W hotelowej przechowalni zostawiliśmy plecaki, i ruszyliśmy na miasto. Lot do Bukaresztu mieliśmy dopiero wieczorem, więc był przed nami cały dzień na spacerowanie i relaks w słońcu, którego w Polsce brakowało.
Plac Bohaterów (
Hősök tere) od hotelu dzieli raptem parę kroków, więc tam poszliśmy w pierwszej kolejności. Na placu już było sporo osób z wycieczek. Przewodnicy opowiadali o symbolice tego miejsca. Byliśmy tu już w grudniu, ale w słońcu to wszystko inaczej wygląda. Są tutaj pomniki wodzów plemion, które założyły pierwszą państwowość w tym miejscu. Za placem jest zamek i park oraz słynne termy
Széchenyi Fürdő. Mieliśmy w planie wejść tam na relaks, ale przez zmianę lotów musieliśmy sobie zostawić tę przyjemność na kolejną wizytę.
Metrem M1 dojechaliśmy do Bajcsy-Zsilinszky út, stacji, która jest w samym centrum. Kierowaliśmy się w stronę Dunaju przechodząc obok bazyliki i pomnika policjanta. Zanim usiedliśmy w słońcu na ławeczce przed parlamentem na drugie śniadanie, po drodze zrobiliśmy sobie małe zakupy w SPAR. Jest drożej niż u nas.
Po śniadaniu spacerem przeszliśmy się pod most łańcuchowy, i tak jak ostatnio autobusem pojechaliśmy pod Basztę Rybacką. Ponieważ zbliżała się 12, udaliśmy się na zmianę warty przed
Sándor-palota, gdzie ma swoją siedzibę prezydent. Na takiej zmianie byłem już w 2012 roku. Zmiana na pewno jest nietypowa, i okrzyki też, więc fajnie było to znowu zobaczyć.
Wzgórze koło zamku jest mocno rozkopane, ale za to udostępniono za darmo dla zwiedzających ogrody, które kiedyś były częścią muzeum i wejść można tam było tylko z biletem. Jak skończą się wszystkie prace renowacyjne, na pewno tu jeszcze wrócę, bo mam w pamięci jeszcze stare czasy i sypiący się tynk z budynków.
Tóth Árpád sétány to przyjemny pasaż dla spacerowiczów na wzgórzu zamkowym. Tam zrobiliśmy sobie chill, siedząc na słońcu. Zachciało nam się kawy, ale w kafejkach ceny były lekko mówiąc odstraszające - 1.950-2.250 Ft. I to w bocznej uliczce. Zawsze w tym miejscu były kramiki przenośne i tam kawa była najtańsza, no ale dziś jak na złość nic nie było. Kawę kupiliśmy dopiero koło stacji Széll Kálmán tér za 650 Ft ~ 7,50 PLN.
Ponieważ zostało nam jeszcze sporo czasu, to pojechaliśmy tramwajem na wyspę Małgorzaty. Wysiedliśmy z tramwaju na moście Margit híd i piechotką poszliśmy do parku. To dobre miejsce nie tylko na relaks na ławeczce czy leżaku, ale i obiad. W
Champs Sziget zjedliśmy naleśniki z farszem po węgiersku i lekko pikantną zupkę meksykańską. Razem z dwoma piwkami wyszło 9.000 FT ~ 107 PLN za 2 osoby.
Po obiedzie jeszcze poleniuchowaliśmy na słońcu i przed 16 ruszyliśmy do hotelu po nasze plecaki. Akurat zmieściliśmy się czasowo i w obie strony pojechaliśmy jeszcze na bilecie 24h, znowu natknęliśmy się na kontrolę w metrze.
Ostatnią godzinkę wykorzystaliśmy na słońcu koło parlamentu. A potem metrem linii niebieskiej pojechaliśmy w kierunku lotniska.